
Iron Maiden w Warszawie! Relacja z koncertu (02.08.25., PGE Narodowy)
Warszawa była w sobotę stolicą nie tylko Polski, ale i światowego rocka! Ostatni koncert w ramach trasy „Run for Your Lives” zagrał właśnie tu zespół Iron Maiden. Trasa ta to celebracja 50-lecia twórczości tej niezwykłej grupy, która jak żadna inna połączyła charakterystyczną muzykę z jeszcze bardziej charakterystycznym wizerunkiem. ![[img:1]](/img/artykuly/zdjecia/1-min-11.webp)
A ten tworzą przede wszystkim ikoniczna nazwa i różne wcielenia demonicznej maskotki – Eddiego. To właśnie Eddie był też patronem mobilnego pubu, który pojawiał się na trasie w miastach goszczących zespół. W Warszawie rolę gospodarza przejął bar Beers & Bones przy ul. Żurawiej. Byłem tam - i oczywiście wypiłem „zespołowe” piwo The Tropper! Wspólnie z towarzyszącą mi ekipą zjedliśmy też maidenowego burgera, który okazał się jedynie przystawką – dosłownie i w przenośni – przed daniem głównym, czyli koncertem na PGE Narodowym.
![[img:2]](/img/artykuly/zdjecia/2-min-9.webp)
Na kilka minut przed 21:00 z głośników popłynęły ikoniczne dźwięki utworu „Doctor, Doctor” z repertuaru zespołu UFO. Wszyscy fani Maidenów wiedzą co to oznacza… Jest to oczywiście stałe intro ich występów - także na zakończonej właśnie trasie, na której zaprezentowali repertuar ze swoich pierwszych dziewięciu płyt, wydanych w latach 1980-1992. Uprzedzając fakty zdradzę jednak, że nie było nic z tej przedostatniej, ósmej płyty, czyli "No Prayer for the Dying" (1990). Najliczniej były za to reprezentowane krążki „Killers” (1981), „Number of the Beast” (1982) i „Powerslave” (1984), z których usłyszeliśmy po trzy utwory, w tym utwory tytułowe. I właśnie drugi z nich był momentem, w którym moim zdaniem koncert zaczął nam dostarczać przyjemności nie tylko wizualnej, ale i dźwiękowej. Numer traktujący o strachu przed opętaniem przez diabła (choć wielu opacznie sądzi, że jest oddaniem mu czci) wypadł zdecydowanie lepiej niż poprzedzające go kawałki. Cztery wcześniejsze utwory („Murders in the Rue Morgue”, „Wrathchild”, „Killers”, „Phantom of the Opera”) były - ze względu na (nie)słynną akustykę Stadionu Narodowego – fatalnie nagłośnione, a bas, gitary, perkusja i wokal zlewały się w jeden zlepek dźwięku, w którym ciężko było wyselekcjonować jego poszczególne źródło - przynajmniej tak to odbierałem z perspektywy trybuny medialnej.
![[img:3]](/img/artykuly/zdjecia/3-min-5.webp)
Pewnie inne wrażenie mieli fotografowie - w tym jedyna wśród nich kobieta, moja przyjaciółka Karola, autorka tych świetnych zdjęć, które moją relację ilustrują – którzy mogli robić zdjęcia spod samej sceny podczas trzech pierwszych kawałków. A już w drugim z nich pojawiał się wspomniany wcześniej Eddie, który przy okazji kawałka „Wrathchild” próbował za pomocą toporka „zamordować” Bruce’a Dickinsona.
![[img:4]](/img/artykuly/zdjecia/4-min-7.webp)
A to właśnie wokalista zespołu był moim zdaniem główną gwiazdą tego show! Jak zwykle zachwycał nas swoją piękną barwą głosu, śpiewając przy tym niezwykle energetycznie i emocjonalnie. Hołd oddał też jednak swoim poprzednikom, którym był zmarły 29 lipca Paul Day (pierwszy wokalista formacji, w latach 1975-1976) oraz zmarły w zeszłym roku Paul Di’Anno, z którym Iron Maiden nagrali swoje dwie pierwsze płyty („Iron Maiden” z 1980 roku i „Killers” z 1981). Z repertuaru, który w wersjach studyjnych wykonywał ten ostatni, poza wspomnianym „Wrathchild” usłyszeliśmy też „Murders in the Rogue” (poprzedzoną odtwarzanym z taśmy wstępem i efektowną animacją na telebimach), „Killers”, rzadko grany na koncertach „Phantom of the Opera” i kończący zasadniczą część koncertu „Iron Maiden”. Ale Bruce sobotniego wieczora uhonorował szczególnie jeszcze jednego muzyka. Mam na myśli nowego „koncertowego” perkusistę, Simona Dawsona, który zastąpił Nicko McBraina, który ciągle jednak jest członkiem formacji, wspierając ją na studyjnych nagraniach. Simon świetnie wkomponował się w zespół i tworzy jego silne ogniowo.
![[img:5]](/img/artykuly/zdjecia/5-min-5.webp)
Skład uzupełniają oczywiście trzej gitarzyści: mający polskie korzenie Janick Gers, Dave Murray, Adrian Smith. Muzycznym kierownikiem grupy jest jednak założyciel, lider basista i kompozytor większości repertuaru - Steve Harris. Od pierwszych dźwięków sobotniego koncertu instrumentaliści grupy prezentowali nam to wszystko, z czego są najbardziej znani, czyli charakterystyczne, dynamiczne, wręcz galopujące partie gitar, znakomicie współbrzmiących z perkusją. Od początku też imponowali swoją witalnością na scenie. To samo można napisać na temat Dickinsona, który biegał po niej jak młodzieniaszek. Przede wszystkim jednak śpiewał genialnie, co jest tym bardziej imponujące jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że kilka lat temu wykryto u niego guza na języku (na szczęście leczenie zakończyło się sukcesem). Znakomicie także interpretował teksty, tak jak w przypadku zagranego na pierwszy bis „Aces High”. Napisany przez Harrisa utwór przedstawia historię brytyjskiego lotnika RAF-u walczącego z Luftwaffe podczas Bitwy o Anglię. Co ciekawe, wokalista grupy ma licencję pilota i często zespół na koncerty przemieszcza się właśnie pilotowaną przez niego maszyną (jest nią Jumbo Jet Boeing 747-400), ale jego głos jeszcze potężniej brzmiał przy okazji mojego ulubionego z ich dorobku utworu - „Run to the Hills”, czyli przeboju z niebanalnym tekstem Harrisa dotyczącym starć północnoamerykańskich Indian z żołnierzami amerykańskimi.
![[img:6]](/img/artykuly/zdjecia/6-min-3.webp)
W katalogu niezwykłych zachowań Dickinsona wyróżniłbym jeszcze znakomicie zaśpiewany szlagier „2 Minutes to Midnight” czy kapitalny, energetyczny utwór „The Trooper”, który wokalista wykonał trzymając w dłoniach sztandar z flagą Wielkiej Brytanii, która przez chwilą została zamieniona na flagę naszego kraju. Przy okazji tego kawałka zmieniła się także animacja na ekranie (jak zresztą wielokrotnie podczas koncertu) - tym razem Eddie był w brytyjskich barwach, takich, jakie znamy z okładki singla tego przeboju, którego rytm świetnie oddaje szarże kawalerii. W trakcie (nie tylko) tego kawałka Bruce przeskakiwał przez głośniki, wchodził na różne elementy scenografii i „pojedynkował” się z Eddiem. A to, jak znakomitym jest showmanem i interpretatorem śpiewanych przez siebie słów, udowodnił także podczas innego przeboju z lat 80., którym był wspomniany wcześniej kawałek „Powerslave” oraz przy okazji utworu "Seventh Son of a Seventh Son", kiedy to zażartował popijając z manierki wodę i sugerując, że to wódka
![[img:7]](/img/artykuly/zdjecia/7-min-3.webp)
W trakcie „Hallowed Be Thy Name" Dickinson został zaś „uwięziony” w klatce, a ekran wyświetlał jego skazaną na śmierć kopię. Te efekty nie odciągały jednak uwagi od muzyki! Ten utwór, dramatyczna opowieść skazańca, to kolejna z wizytówek tego zespołu. Imponowały w niej zwroty melodyczne, zmienność solówek czy śpiew Dickinsona, momentami pozbawiony akompaniamentu. Zresztą fragmenty śpiewane a cappella to, podobnie jak np. wymiana solówek wśród gitarzystów, jeden z ich patentów. A skoro już przy ich wyjątkowych umiejętnościach jesteśmy, to warto dodać, iż trójka gitarzystów, cały czas świetnie współbrzmiąca i uzupełniająca się podczas koncertu, prześcigała się nie tylko w solówkach, ale i gitarowych „ewolucjach”, w których prym wiódł Gers.
![[img:8]](/img/artykuly/zdjecia/8-min-3.webp)
W sobotę dostaliśmy wszystko to, na co liczyliśmy! Galopujące rytmy, liczne zmiany tempa, energiczne, acz melodyjne riffy, momentami wręcz wirtuozerską wymienność gitarowych solówek czy intensywna gra sekcji rytmicznej. Przedostatnim akcentem koncertu był, utrzymany w konwencji hymnu, tytułowy utwór z albumu „Fear of the Dark” (1992), idealny przykład tzw. rocka stadionowego. Jego tytułowy fragment był jak zwykle gromko i magicznie wyśpiewywany przez publiczność. Te chóralne śpiewy były niemal metafizycznym doświadczeniem i bez wątpienia jednym z piękniejszych fragmentów koncertu. Występu, mimo akustycznego falstartu, niezwykłego. Ale wyjątkowa była też bardzo świadoma i zaangażowana – oraz zgromadzona w komplecie - publiczność świetnie znająca teksty utworów, nawiązujące m.in. do historii, religii, filmu czy literatury. A jeśli dodamy do tego jeszcze spektakularną scenografię, zbliżenia muzyków na wielkich ekranach, ogień buchający co jakiś czas ze sceny, inne efekty pirotechniczne, mnóstwo świateł, wizualizacji i animacji oraz siódmego muzyka zespołu – Eddiego, pojawiającego się w kilku wcieleniach, imponującą scenografię, wymyślną grę świateł, mnóstwo efektów specjalnych i pirotechnicznych, to wszystko składa się w obraz niezwykłego widowiska. A zakończył go sentymentalny utwór „The Wasted Years”, autorstwa Adriana Smitha. Nieco przewrotnie, bo pół wieku Iron Maiden z pewnością „zmarnowane” nie było!
Dziękujemy i prosimy o więcej!
Autor relacji: Michał Bigoraj
Autorka zdjęć: Karolina Renc
Organizatorem koncertu było LIVE NATION Polska.
![[img:50]](/img/artykuly/zdjecia/50-min.webp)